
Wojciech Zimiński- syndrom gołębnika
Na wstępie uprzedzam zainteresowanych, ze to, co powiem, będzie niepoprawne politycznie.
Wzbudzi też gniew środowisk ornitologów. Nienawidzę gołębi.
Od jakiegoś czasu gołębie upodobały sobie mój balkon. Administracja załatała dziury, w których ptaszki sobie siedziały i teraz przeniosły się do mnie. Wiadomo, co się dzieje. Cały balkon jest pokryty popielatymi kleksami w najwymyślniejszych kształtach. Do tego skoro człowiek zacznie walczyć z gołębiami, staje się nadnaturalnie czuły na ich gruchanie. Niech tylko taki szary potwór zagulga na barierce, to zaraz masz serce w gardle i zaciskasz pięści. O krok od zawału. Wypada się na balkon i klaszcze. I kiedy tak człowiek stoi i wali dłonią o dłoń, zdaje sobie sprawę z idiotyzmu tej sytuacji.
W moich sąsiadach wzrosło przekonanie o moim wrodzonym optymizmie- skoro facet co chwila wypada na balkon i klaszcze, najwyraźniej chce dać upust rozsadzającemu go optymizmowi. Cieszy się jak diabli po prostu. Ale ja nie klaszczę "za", ale klaszczę "przeciw".
Jestem człowiekiem łagodnym, mam kategorię wojskową "Jeniec", więc nie będę kupował wiatrówki czy wysypywał zatrute ziarno. Próbuję załatwić rzecz w miarę pokojowo.
Rozciągam żyłkę nad barierką. Naiwniak. Gołąb siada na żyłce i patrzy na mnie jak na idiotę. Raz nawet wydawało mi się, że słyszałem jajk mówił:
- No i co, kretynie? Spało się na biologii? Mam pneumatyczne kości i skrzydła. Utrzymam się, ty bezpióry bęcwale!
I utrzymuje się łobuz.
Zainstalowałem kilkanaście dziecinnych wiatraczków, które miały szumem odstraszać ptaszki. Balkon wyglądał jak przedpotopowy aeroplan, a gołębie nic.
Zainstalowałem chińskie dzwonki zrobione z metalowych rurek dzwoniące na wietrze. Zdjąłem je po dwóch godzinach, bo bliski byłem obłędu. Gołębie nic.
Mam wyjątkowo paskudnego znajomego. Kazałem mu wyjść na balkon, żeby uderzyć w poczucie estetyki gołębi. One nic. Czytałem im utwory Manueli Gretkowskiej. Okazało się, że to jest nawet na ich rozum i słuchały.
Z wolna zaczynam cierpieć na nieopisane jeszcze schorzenie psychiczne- syndrom gołębnika. Cała nadzieja w tym, że kiedy mój balkon pokryje się bardzo grubą warstwą tych popielatych kleksów, bedę na wzór słynnego guano peruviano prowadził sprzedaż naturalnego nawozu o niespotykanie skutecznym działaniu. Obawiam się jednak, że zanim dorobię się fortuny na tym rodzimym guanie, to syndrom gołębnika będzie już dokładnie na moim przykładzie zbadany. Muszę kończyć, bo biegnę na balkon poklaskać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz